środa, 10 września 2008

Zagadka


Jak się nazywa firma, w której zrobiłam zdjęcia tych oto drzwi do toalet?

toaleta męska

toaleta żeńska

wtorek, 9 września 2008

"Nie wiem, jak ty, ale ja mam dzieci"

1.
Sala konferencyjna. Godzina 17. Spotkanie nieco się przeciąga. W pewnym momencie Kieron odzywa się do prowadzącego: "Clive, czy nie mógłbyś się streszczać Nie wiem, jak ty, ale ja mam dzieci i chciałbym już iść do domu".

2.
Pociąg. Dwaj panowie w drogich garniturach rozmawiają zawzięcie o jakichś pojazdach. Zwrotność, wywrotność, łatwość prowadzenia itp. Wyciągają komórki i wymieniają się zdjęciami... wózków niemowlęcych. Po chwili zmieniają temat na "wypróbowane sposoby na usypianie dzieci".

3.
Manager, nowy, którego decyzje mam wspomagać, umawia się ze mną na rozmowę dotyczącą szczegółów moich obowiązków. "No i chciałbym jeszcze z porozmawiać o twojej sytuacji rodzinnej - wiem, że masz córkę, na pewno nie możesz przesiadywać w pracy do późna. Ja też mam rodzinę i dziś na przykład muszę wyjść o czwartej. Mam wyrzuty sumienia, że siedziałaś wczoraj tak długo (wyrzucił mnie z biura o 19). Wolałbym, żeby moi podwładni nie zaniedbywali życia prywatnego".

poniedziałek, 1 września 2008

To kim ja jestem?

Nastolatka od czasu do czasu pilnuje dziecka sąsiadów. Ostatnio wczoraj, niedługo po powrocie z wakacji w Polsce. Sąsiedzi trochę ją wypytywali, jak to tam w tej Polsce jest i jak sobie radziła i czy zna polski. Czy zna polski! Gdy mi to powtórzyła, ucieszyłam się, bo wiedziałam, jak bardzo jej zależy na pozbyciu się akcentu. Ona jednak zadowolona nie była. "Mamo, ale oni nie wiedzieli, że ja jestem Polką. Wiedzieli, że ty jesteś, ale myśleli, że ja się tu urodziłam i jestem Brytyjką. To może ja jednak będę mówiła z polskim akcentem".

No tak, na ogól zależy nam, by otoczenie wiedziało, kim jesteśmy, by nasza tożsamość była widoczna. Tożsamość narodowa Nastolatki gdzieś się okryła pod angielskim akcentem i moje dziecko tak się poczuło, jakby jej ktoś tę polskość odebrał.


Gąski biskupa Winchester

Londyn w XII w. byl malutki - mniej więcej rozmiarów City of London. Nieopodal Londynu znajdowalo się jeszcze jedno city - Westminster. Miasta te byly nieźle zarządzane i dobrze zorganizowane, również pod względem bezpieczeństwa - wszelkiego rodzaju drobni przestępcy, prostytutki, aktorzy i wlaściciele scen do walk niedźwiedzi i byków nie mieli tam czego szukać. Gdzie się więc podziewali? W Southwark. To tam kwitly burdele, teatry (The Globe!) i karczmy, a szczególnie w jednym miejscu - na kawalku ziemi, który od XII wieku należal do kolejnych biskupów Winchester. Posiadany przez nich teren cieszyl się brakiem ograniczeń obowiązujących w sąsiednich miastach a także szczególnym przywilejem - licencją na prowadzenie burdeli. Prawo do tego posiadaly tylko trzy miejsca - oprócz tej części Southwark, która byla w posiadaniu biskupa (nie cale miasto mialo ten przywilej) byly to jeszcze dwa miasta portowe: Sandwich i Southampton, którym prawo do licencjonowanych domów publicznych nadano w trosce o żony i córki praworządnych obywateli, narażone na zaczepki licznie odwiedzających miasta marynarzy.

Nie wiadomo od kiedy dokladnie domy publiczne (czy może raczej karczmy z prawem do czerpania zysków z prostytucji) w Winchester Liberty (tak zwal się teren posiadany przez biskupa, znany poźniej również jako Liberty of The Clink) byly legalne, znajdowaly się tam jednakże od samego początku istnienia liberty.

Ciekawe jest prawo, które regulowalo ich dzialalność - prostytutkom nie wolno bylo mieszkać i jeść na terenie burdeli, a to w celu zapobiegnięcia popadania w niewolę i placenia nadmiernie wysokich stawek za jedzenie; nie wolno im bylo pracować w niedziele i święta pomiędzy 6 a 11 oraz 13 a 18 - w tych godzinach musialy opuścić teren liberty. Tak samo musialy postąpić podczas posiedzeń parlamentu. Wlaścielom karczm nie wolno bylo pożyczać prostytutkom pieniędzy, a jeżeli się zdarzylo, że jednak pożyczyli, nie wolno im bylo w żaden formalny (sąd) sposób dochodzić splaty dlugu. Prostytutek nie wolno bylo bić a pracownicy biskupa regularnie sprawdzali, czy aby na pewno kobiety wykonują pracę dobrowolnie. Jak pisze Ruth Mazo Karras w książce Common Women: Prostitution and Sexuality in Medieval England, z której zaczerpnęlam część informacji do tej notki, za licznymi przepisami chroniącymi kobiety nie szly żadne - znane w innych częściach Europy - dzialania, w postaci chociażby domów dla tych, które chcialyby zerwać z zawodem.

Malo tego - co prawda pracowaly one na terenie należacym do biskupa, czerpiącego z ich pracy niemale korzyści, ze względu na grzeszny charakter swojej pracy nie mogly być pochowane w poświęconej ziemi. Na terenie liberty znajdowal się cmentarz dla 'samotnych kobiet', jak eufemistycznie określano prostytutki. Z biegiem czasu na cmentarzu zaczęto chować biednych, też przez wieki uważanych za niegodnych cmentarza kościelnego. Zamknięto go ostatecznie w XIX wieku, jako powód podając przeladowanie zmarlymi. Archeolodzy, pracujący na jego terenie podczas budowania linii metra Jubilee line, dla której na dawnym cmentarzu zbudowano zasilanie, szacują że pochowano na nim okolo 15 tysięcy osób.

Dziś po cmentarzu nie ma śladu. W 1996 roku poeta i artysta John Constable przechodził kolo metalowej bramy prowadzącej na dawny cmentarz i usłyszał szept niespokojnego ducha Gęsi (prostytutki, o których mowa w tej notce, zwane były Winchester Geese, Gąskami [biskupa] Winchesteru). W efekcie powstała seria poematów. John odkrył (o czym ponoć wcześniej nie wiedział), że Gąski naprawdę istniały. Zagłębił się w historii. Zainicjował regularne 'rytualne dramaty' na podstawie swoich tekstów, połączone z pielgrzymkami do bramy, od tamtej pory obwieszonej rożnymi rytualnymi wstążeczkami. Cmentarz dorobił się nawet swojej strony: Cross Bones Graveyard, licznych projektów artystycznych oraz grupy milośników i obrońców miejsca przed zakusami firm budowlanych.

niedziela, 31 sierpnia 2008

Skoro już mamy dzień blogu

to skorzystam z okazji i polecę gorąco blog Wróbla przemierzającego rowerem Afrykę (Do cieplych krajów, docieplychkrajow.blox.pl). Blog jest pisany 'z roweru', z wszystkimi tego konsekwencjami. Notatki są robione na papierze, wspomnienia często obejmują kilka poprzednich dni na raz, notki są przepisywane i puszczane w sieć gdy po drodze trafi się jakaś kafejka internetowa, chronologia bywa więc zaburzona. To jednak drobiazgi - ogląd Afryki z poziomu ulicy, z punktu widzenia osoby wchodzącej w liczne interakcje znapotkanymi ludźmi, jest naprawdę warty przeczytania.

Oto parę krótkich fragmentów na zachętę:

Szyldy

nazwy tego typu można znalesc i w innych krajach, ale w ghanie trudno
znaleźć inne. zbierałem kolekcję fotografii na ten temat, niestety
przepadła wraz z aparatem. jakie to nazwy? z tego co zapamiętałem:
- łuki niebios - salon fryzjerski
- to nie czasy dla leniwych - sklep z materacami gąbkowymi
- dzień sądu ostatecznego - drinkspot

chodząc ulicami ghanijskich miejscowości, chcąc niechąc ulegam
religijnej indoktrynacji. czasem zamiast dosłownego cytatu z pisma
świetego, jako nazwa przedsiębiorstwa służy tylko odnośnik typu:
- mat 15,6 - przedsiębiorstwo transportowe
- psalm 49 - usługi hydrauliczne

Kolor

przed wyjazdem zastanawiałem się, jak to będzie przez cały czas
przebywać wśród ludzi o tak odmiennym wyglądzie od tego, do czego
przywyknąłem w polsce.
tu w afryce często zapominam, że sam jestem
biały. czarny kolor wydaje się najnaturalniejszą barwą skóry pod
słońcem. spotkani biali są okrutnie brzydcy, wymoczeni, chorowici.
szpiedzy z krainy deszczowców.
w afrykańskich twarzach rozpoznaję
znajomych z polski. ten podobny jest do kumpla z podstawówki, tamta do
sąsiadki z akademika, do kuzynki, babci.
ciekawe jak to znowu będzie, wrócić do świata białych. przyzwyczaję się, tak jak sie przyzwyczaiłem do czarnych.

Chiny

w afryce zaczęto postrzegać chiny, jako alternatywę dla zachodu.
relacje między państwami czarnego lądu, a państwem środka, postrzegane
są jako braterskie, opierające się na przyjaźni, szacunku, obustronnym
rozwoju, i co najważniejsze, obustronnym zrozumieniu, w przeciwieństwie
do paternalistycznego, ignoranckiego podejścia zachodu.

chińczycy wchodząc do afryki po białych, mogli wyciągnąć wnioski z ich
błędów. oprócz tego, chiński sposób myślenia, lepiej sprawdza się w
pełnej paradoksów, afrykańskiej rzeczywistości. zachód nie potrafi
łączyć przeciwności w jedno tak płynnie jak na znaku yinhyang . zachód
myśli "albo-albo", analizuje, dzieli na czarne i białe, myśli w
kategoriach linearnego upływu czasu ( coś mi się wydaje, że dla
zrozumienia afryki, zrozumienie koncepcji czasu i przestrzeni, jest
ważniejsze niż mi się wydaje ).
chińczycy, zamiast "albo -albo"
myślą "i to, i to", nie analizują, nie dzielą. wolą całość i harmonię.
postrzegają czas jako pętle. w przypadku afryki unikają dychotomicznego
podziału na dobrych i złych ( specjalność usa ), co pozwala utrzymywać
im dobre stosunki z krajami jak sudan , zimbabwe , czy kongo zair
kabili, czerpią z tego ogromne gospodarcze korzyści.
chińska
strategia współpracy z afryką, jest tak elastyczna i płynna, że
bazujący na konretach zachód dostałby rozdwojenia jaźni.
Milej lektury!

PS
Bląd, i to w tytule! poprawiony. Ech, jak się czlowiek raz źle nauczy, to potem ciężko zle nawyki wykorzenić.

sobota, 30 sierpnia 2008

Tak, praca

Komentarz, otrzymany na blogu nieuzupełnianym od dwóch miesięcy zobowiązuje do odpowiedzi. Tak, Migg, to praca wysysa ze mnie całą energię.

W ostatnich miesiącach wpadłam ze skrajności w skrajność. Po ponad półrocznej pracy z domu przeniosłam się na halę, na której znajduje się ponad dwieście biurek. Nie jest to hala znana z Dilberta, na której stanowiska pracy są w boksach - to po prostu cale piętro bez ścian, z ciasno ustawionymi obok siebie biurkami, jedynie w miejscach, w których stykają się one 'twarzą', oddzielonymi ściankami niewiele wyższymi od ekranu laptopa (można stroić miny do sąsiadki z naprzeciwka).

Taka zmiana to jak przeprowadzka z cichej leśniczówki do centrum wielkiej metropolii. Metropolii w obcym kraju dodajmy, którego mieszkańcy posługują się nieznanym nam językiem. Och, Anglicy uwielbiają skróty! Jak napotykam w czterech zdaniach na zestaw 'slow' złożonych z: DO, SO, IDP, RDC, PDA, T+, BC, WTLL, WoW, PSR to ja, biedny DSM :), muszę najpierw tekst przetłumaczyć, potem nowych słówek się nauczyć. Potem jeszcze tylko pozostaje zapoznanie się z dzialaniem dziesiątek nieznanych mi maszyn oraz zapoznanie ze szczegolami kilkunastu dużych projektów.
Uff, powoli zaczynam rozumieć, o czym do mnie mówią, ale w dalszym ciągu wracam do domu z przeciążonym mózgiem, niezdolnym do wydobycia spod zalewu nowych bodźców jakiejkolwiek myśli, wartej przelania na papier.

Na zakończenie zrzut z ekranu - sprawdzacze pisowni miewają poczucie humoru:



Klawiatury natomiast odmawiają czasem wspólpracy - moja kategorycznie odmawia pisania l/ (l z kreską). Powstawialam parę ręcznie, ale ileż można!




wtorek, 8 lipca 2008

Kobieta może, ale

Od kilku dni krew się we mnie burzy, a to za sprawą kobiet - biskupów. Niby wewnętrzne sprawy kościoła anglikańskiego mnie nie dotyczą, nie jest jednak przyjemnie gdy słyszy wypowiadane otwarcie i bez cienia wstydu: "kobiety zatrudnimy, ale dyrektorami nie zostaną, po naszym trupie".

Ech... za dwa tygodnie zaczynam pracę w zespole, w którym kobiety stanowią jakieś 10%. Jakby tego było mało, wszyscy są w tym samym kolorze. W Londynie! Ciekawa jestem, jakie to specjalne środki musiały zostać podjęte w celu osiągnięcia tej bladej jednolitości (to nie jest żadna zaszłość, większość została zatrudniona w ostatnich 12 miesiącach). Tak, rzecz jasna, potrafią tylko spółki skarbu państwa, których strony internetowe są pełne równych praw i linek do ustaw poświęconych dyskryminacji, równym płacom itp. Krowa, która dużo ryczy...

poniedziałek, 7 lipca 2008

Vierablu Ltd

Mój blog zaniedbany jest i porasta pajęczynami. Vierablu zajęta jest sprawami zawodowymi, a mianowicie przestawianiem się z bycia pracownicą najemną na bycie samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jak dotąd przestawianie odbywa się jedynie mentalnie - całe przedsięwzięcie jest dyskutowane, szczegóły dopracowywane itp. - ale ten mentalny proces jest niezwykle absorbujący. I wymagający sporo czytania, z Polski wyniosłam bowiem zasadę 'zanim coś zrobisz, przeczytaj ustawę'. Zasadę tutaj chyba mało przydatną, ale czym skorupka za młodu nasiąkła...

Firma, w której pracuję ulega stopniowej anihilacji i w związku z bardzo niepewną przyszłością zaproponowała mi przejście na kontrakt. Oznacza to zwiększenie dochodów, ale też zaledwie kilkumiesięczną pewność zatrudnienia. Ja co prawda nie bardzo rozumiem termin 'pewność zatrudnienia' bo przecież mój okres wypowiedzenia to tylko 4 tygodnie. Mój szef mi usiłował wytłumaczyć, że cztery tygodnie czeterema tygodniami, ale przecież nie może mnie zwolnić bez powodu. Zanik mojego obecnego stanowiska do powodów zaliczony być nie może, bo brak możliwości zapewnienia pracownikowi pracy jest problemem firmy a nie pracownika. Dziwni jacyś ci Brytyjczycy. Przez lata w Polsce słyszałam, że kapitalizm jest bezwględny, a tu właściciel firmy narusza własne osobiste oszczędności, żeby mi wypłacić pensję, ale mnie nie zwolni! Zwolnię się więc dobrowolnie. Firmę potrzebną do pracowania na kontraktach założę, jak tylko wymyślę nazwę. Wszelkie formalności związane z założeniem swojego biznesu zajmują ponoć jeden dzień, mam więc jeszcze kilka tygodni do namysłu.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Wirusy zmieniają treść ustaw?

Wirusy zmieniają treść ustaw? A my nie mamy szczepionki?
Tak sobie pomyślałam, przeczytawszy tytuł "Równouprawnienie nie ma szans w starciu z biologią" zamieszczony w Gazecie Wyborczej. Pamiętam przecież słownikową definicję słowa równouprawnienie: "równość wobec prawa, korzystanie z jednakowych, równych praw".

Hmm... w jaki sposób biologia miałaby mi odebrać prawo wyborcze powiedzmy? Czy na kartach do głosowania zamieszkał jakiś wirus paraliżujący każdą kobietę, jaka weźmie tę kartę do ręki? Och, można sobie przecież z tym poradzić, wystarczy wprowadzić głosowanie przez internet. A więc to nie to. Nic, tylko jakieś złośliwe bakterie żywiące się farbą drukarską pozjadały pewne zapisy z ustaw... A może chodzi o coś innego, znacznie brzydszego, na co wskazywałoby chociażby to zdanie: " Kulturowo chcielibyśmy równouprawnienia płci, ale nie jest ono zgodne z naszą naturą.". Ach tak...

Panie antropologu Pawłowski, panie Ulanowski - równouprawnienie oznacza "równe prawo do" a nie równo rozłożony obowiązek. Oznacza, że moja córka może zgłosić się do ochotniczej brytyjskiej armii i że zostanie przyjęta, o ile spełni wymagania sprawnościowe. Równouprawnienie nie oznacza, że ona musi pójść do wojska. Równouprawnienie oznacza, że ojcowie mogą korzystać z urlopu tacierzyńskiego, nie oznacza jednak, że muszą. Jeżeli po latach obowiązywania ustaw, zapewniających kobietom i mężczyznom równe prawo do korzystania z urlopów rodzicielskich oraz służby wojskowej, w dalszym ciągu kobiety w armii i mężczyźni na urlopach rodzicielskich będą stanowili mniejszość, wcale to nie będzie oznaczało "porażki równouprawnienia w starciu z biologią". Będzie to oznaczało, że mniej więcej każdy robi ze swoim życiem to, co uważa za stosowne i że płeć sama w sobie nie stoi temu na przeszkodzie.

sobota, 14 czerwca 2008

Pompa



Ech, ci wiktoriańscy inżynierowie potrafili tchnąć życie w metalowy odlew...

wtorek, 10 czerwca 2008

Brytyjskie nastolatki w ciąży

Wydarzenia wokół czternastolatki znanej jako Agata wywołały, również i w moim otoczeniu, wiele dyskusji na tematy związane z nastolatkami, ciążami, edukacją seksualną oraz dostępem do środków antykoncepcyjnych. Przy okazji tych rozmów po raz kolejny zastanowił mnie pewien zdawałoby się paradoks. Czytając brytyjską prasę ma się nieodparte wrażenie, że więcej w sprawie edukacji seksualnej niż robi się w Zjednoczonym Królestwie zrobić nie można. Mało tego - w szkołach można bez zbędnych pytań dostać całkowicie za darmo i bez wiedzy rodziców środki antykoncepcyjne. A mimo to odsetek nastoletnich ciąż jest w tym kraju zatrważająco wysoki i mimo zjednoczonych wysiłków szkoły i służby zdrowia nie maleje.

Zagadnęłam więc Nastolatkę, wychodząc ze słusznego założenia: "jak czegoś nie wiesz, zapytaj swoje dziecko". Okazało się, że z ta edukacją seksualną jest niezupełnie tak, jak przedstawiają to media. Nastolatka miała ostatnie zajęcia z wychowania seksualnego... 3 lata temu, kiedy to miała lat 12. Od tamtej pory nic. A przecież nawet gdyby przedstawić dwunastolatkom pełny i szczegółowy stan wiedzy na temat, i na dodatek wprowadzić z przedmiotu egzamin, do czasu, gdy nastolatki naprawdę będą tematem osobiście zainteresowane, zdołają większość zdobytej wiedzy zapomnieć. O ile ją w ogóle kiedykolwiek tak naprawdę przyswoiły. Edukacja więc jest, ale kończy się za wcześnie.

(Tu na moje: "Hmmm... to media trochę jednak kłamią" odpowiedziała mi spojrzeniem z cyklu "ci starzy to w ogóle nie mają pojęcia o życiu", i tekstem "Zawsze w jakimś stopniu kłamią. Zawsze trzeba sprawdzić w pięciu miejscach". To efekt między innymi edukacji szkolnej i wielu godzin analizy przekazów medialnych pod kątem pytań: "Jaki autor ma interes w tym, żeby podać informację w ten a nie inny sposób", "Jak użyte słowa i obrazy wpływają na nasz odbiór przekazu" itp.)

Jest też i druga przyczyna tych małoletnich ciąż. Może nawet istotniejsza. Otóż obowiązkowa edukacja obejmuje w Anglii dzieci do lat 16. Mało tego - szesnastolatki są w obliczu angielskiego (nie wiem, czy tak samo jest np. w Szkocji) właściwie dorosłe - odpowiadają karnie, mogą pracować i generalnie decydować o sobie. Wywołuje to zarówno u nastolatek, jak i ich rodziców, zwłaszcza ze środowisk w których faktycznie dzieciaki idą do pracy po skończeniu gimnazjum, poczucie, że są dorosłe. A u piętnasto- i czternastolatek poczucie, że są prawie dorosłe. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, a więc również rozpoczęciem życia seksualnego. Do tego dochodzą jeszcze pieniądze - od brytyjskich dzieci, począwszy od osiągnięcia przez nie lat 13, oczekuje się, że będą pracować i same zarabiać na swoje kieszonkowe. A wiemy przecież, jak ogromny wpływ mają własne pieniądze na poczucie niezależności.
Mam wrażenie, że gdyby przeanalizować regulacje dotyczące obowiązku szkolnego oraz to, skąd nastolatki w poszczególnych krajach mają pieniądze i porównać z wiekiem, w których młodzież rozpoczyna życie seksualne, związek byłby dość ścisły.

Sytuacja nastolatek na Wyspach jest w ogóle trochę dziwna. Są jakby poza społeczeństwem, są przez społeczeństwo odrzucane. Dlaczego? Otóż dla Brytyjczyków niezmiernie ważny jest ład i porządek w życiu publicznym, w kontaktach międzyludzkich. Objawia się to niezwykłym naciskiem na ogładę, uprzejme wyrażanie się, ukrywanie swych emocji pod płaszczykiem dobrego wychowania i dowcipu, dbaniem o wspólną przestrzeń. Tak sobie myślę, że przypisywane Anglikom powiedzenie "mój dom jest moją twierdzą" oznacza po prostu, że prywatna przestrzeń własnego mieszkania jest jedynym miejscem, w którym Wyspiarz może być sobą. Wychodząc z tych czterech ścian zakłada maskę ułatwiającą życie społeczne.

Nastolatki nie są jeszcze wdrożone do tego reżimu uprzejmości, mają naturalną skłonność do rebelii i manifestowania swej indywidualności w często hałaśliwy sposób. Społeczeństwo robi więc wszystko, żeby tych intruzów się z przestrzeni publicznej pozbyć. Sklepy zakładają odstraszające ustrojstwa, wydające dźwięki słyszalne tylko przez małoletnich. Rozważa się likwidację darmowych przejazdów autobusami dla uczniów, bo z nudów jeżdżą autobusami i hałasują. Jednym słowem spycha się te dzieciaki sprzed oczu dorosłych obywateli. Nagle nikt ich nie chce. Nagle, bo tutaj zaleca się, żeby dzieci do 12 roku życia nie zostawiać samych w domu nawet przez 15 minut, są więc pod stałym nadzorem, zawsze z rodzicami, nawet w drodze do i ze szkoły. Po czym już rok później oczekuje się od nich, że będą pracować, żeby zarobić na własne wydatki; że pomiędzy 12/13 a 16 rokiem życia gdzieś się nagle zapadną pod ziemię a potem wyprowadzą i pójdą do pracy już na pełen etat. Są niechciane. Czują to i postanawiają same zająć się swoim życiem. Nie zawsze z dobrym skutkiem.

A w Polsce

Tu powinien nastąpić opis tego, co dzieje się w Polsce, czy też może co się działo podczas mojego tam pobytu, ale nie nastąpi. Z dwóch powodów. Po pierwsze z leżaka stojącego w ogrodzie życie w Polsce, zwłaszcza polityczne, jest mało widoczne. Po drugie, moje nieśmiałe próby zainteresowania się bieżącymi wydarzeniami napotkały na trudną do pokonania przeszkodę - zarówno politycy, jak i dziennikarze telewizyjni formułują wypowiedzi w sposób uniemożliwiający zrozumienie, o co im właściwie chodzi.

Nieumiejętność wyrażania myśli i przekazywania informacji przez osoby występujące w przestrzeni publicznej jest przerażająca. Nie widziałam tego tak ostro, gdy mieszkałam w kraju i gdy byłam niejako wewnątrz wydarzeń, gdy byłam ich świadkiem od początku do wyczerpania się zainteresowania nimi mediów. Łatwiej mi było wtedy poskładać z okruchów w miarę pełny obraz. Teraz, gdy byłam niejako przybyszem z zewnątrz (od miesięcy nie interesowałam się krajowym życiem politycznym) wieczorne wiadomości wydały mi się chaotycznym zbiorem niepoprawnych gramatycznie, wyrwanych z kontekstu zdań. Posiedzenie sejmowej komisji wypadło jeszcze gorzej. Ciekawa jestem, jakim cudem dochodzi do uchwalenia jakichkolwiek ustaw, skoro posłowie nie są w stanie argumentować w sposób jasny i klarowny. Teraz dopiero do mnie dotarło, dlaczego Sejm produkuje legislacyjne buble. Otóż najpierw jedna grupa pisze ustawę, w której bardzo nieudolnie zapisane zostaje, co autorzy mieli na myśli. Inna grupa ten tekst czyta i go nie rozumie, a ponieważ żaden poseł się nie przyzna do niewiedzy, głosowanie odbywa się nie nad ustawą a nad tym, co posłowie sądzą, że ona zawiera, czyli nad ich dowolną interpretacją tekstu. Czasem niektórym posłom doskwierają jednak wyrzuty sumienia i - nie przyznając się wprost do niezrozumienia - dokładają kolejne zapisy 'dla jasności'. I tak oto obywatel dostaje chaotyczny tekst końcowy, do którego musi się zastosować. Pod karą. Wiec zdesperowany zgaduje, o co właściwie ustawodawcy chodziło.

I to się prędko nie zmieni, o ile szkoły na serio nie zabiorą się za uczenie podstaw komunikacji pisemnej i werbalnej oraz za uczenie krytycznego myślenia.

czwartek, 5 czerwca 2008

Banksy

Parę miesięcy temu, w nocy, na tyły budynku, w którym teraz pracuję podjechał samochód z którego wysiadło parę osób ze sprzętem. Powiedzieli portierowi, że mają zlecenie naprawienia kamery zainstalowanej na murze wewnątrz podwórka. Ustawili rusztowania, zasłonili je, po paru godzinach wszystko rozmontowali a oczom zdumionego pracownika ochrony ukazał się taki oto obraz:






To Banksy. Tajemnicza postać komentująca rzeczywistość dowcipnymi i boleśnie celnymi malunkami na murach. Zamieszony na zdjęciu obrazek też jest takim komentarzem - z jednej strony do wszechobecnych a często bezużytecznych kamer (CCTV), z drugiej strony do samej sytuacji, w jakiej graffiti powstało.
Banksy jest świetny i ogromnie popularny. Uprawia mój ulubiony rodzaj sztuki, a mianowicie sztukę wpisaną nierozerwalnie w otoczenie. Sztukę dla przypadkowego przechodnia. Zmuszającą do myślenia a jednocześnie przemawiającą prostym i jasnym językiem. Nie da się jego dzieł powiesić w muzeum, oderwać od tkanki miasta. Jego sztuka jest całkowicie darmowa i w przeciwieństwie do prób wyprowadzenia znanych dzieł na ulicę, podejmowanych chociażby przez National Gallery, nie razi sztucznością. I jak najbardziej jest konkurencją dla uznanych sal wystawowych: na początku maja odbył się w obskurnym tunelu obok stacji Waterloo The Cans Festival - festiwal graffiti. Jak donosi The Times, w ciągu trzech wolnych od pracy dni przez tunel przewinęło się prawie 10 tysięcy widzów. Może i ja też się wkrótce tam wybiorę.

czwartek, 22 maja 2008

Do domu!

Czy raczej do kraju rodzinnego z wizytą. Wybieram się - po bardzo długiej przerwie - jutro. Czuję się trochę tak, jak moje stopy pod koniec upalnego dnia spędzonego w 'oficjalnych', zamkniętych butach, wbiegające szybko po schodach na moje trzecie piętro, niemogące się doczekać i wydostania się z uwięzi, i ochładzającego balsamu, jaki im zaraz zostanie zaaplikowany.

Bardzo przeszkadza mi tutejszy system klasowy, przenikający każdą dziedzinę życia; skostnienie, uniemożliwiające swobodne ruchy. Ot, weźmy chociażby zmianę pracy. Potwornie frustrujące zajęcie, bo angielscy pracodawcy zatrudniają wyłącznie osoby, które robiły wcześniej dokładnie to samo, w firmie dokładnie takiej samej wielkości i zajmującej się dokładnie tym samym. Koleżanka z pracy od dwóch lat bezskutecznie usiłuje znaleźć zatrudnienie w dziedzinie, do której ma talent i którą kocha. Niestety, po zakończeniu edukacji podjęła - w desperacji - błędną decyzję, wzięła pracę nie taką, jak naprawdę chciała i zamknęła sobie tym samym drogę do robienia tego, co lubi. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie, w końcu większą część swojego zawodowego życia spędziłam w kraju będącym w okresie przemiany, w okresie, w którym dość łatwo było (może dalej jest?) zupełnie zmienić swoje zawodowe życie.

W Zjednoczonym Królestwie jest inaczej. Tu twoja przeszłość wyznacza twoją przyszłość i chyba jedynym sposobem ucieczki (w dziedzinie zawodowej) jest założenie własnej firmy. Jest to jakaś szansa. W innych dziedzinach życia jest gorzej. Nie zapłaciłaś na czas raty za sofę pięć lat temu, nie dostaniesz kredytu na samochód. Zostałeś kiedyś dyscyplinarnie zwolniony - nie masz szans na naprawienie błędu, na pokazanie, że już nigdy więcej - właśnie utworzono dostępną dla pracodawców bazę danych dyscyplinarnie zwolnionych. Ba, prawie wszystko co robisz, jest zarejestrowane w jakiejś bazie danych. Trochę to przerażające - raz podwinie ci się noga i nikt już ci nie da szansy. Taka brytyjska wersja karmy.

Ma to swoje dobre strony, tęsknię jednak za chaosem umożliwiającym odrodzenie, przemianę, nieoczekiwane zwroty sytuacji. Tęsknię za tym, by móc na pytanie 'jak się masz' odpowiedzieć: 'beznadziejnie'. I pytający nie będzie moją odpowiedzią zakłopotany.

środa, 21 maja 2008

Luzhniki*

Dziś wielki dzień dla chyba większości Brytyjczyków - finał Ligi Mistrzów, mecz pomiędzy drużynami Chelsea i Manchester United. Wydarzenie z mojego punktu widzenia nie warte byłoby uwagi, gdyby nie to, że odbywa się w Moskwie, a więc omalże na innej (dla Brytyjczyków) planecie. Jak bardzo inna to planeta? Z ekranu telewizora i łam gazet wyłania się wizerunek Rosji jako kraju niebezpiecznego, bo kierującego się niezrozumiałymi prawami i zwyczajami.

W ostatnich dniach popularnością telewizyjno - prasową cieszy się pewien brytyjski biznesmen, który spędził parę lat w rosyjskim więzieniu i obozie pracy. Biedaczek nie zrozumiał, że międzynarodowy gest oznaczający pieniądze zademonstrowany przez celnika nie był pytaniem o to, czy przewozi on większą gotówkę, a prośbą o wsparcie datkiem. Zdecydowana odpowiedź 'nie' nie została przyjęta zbyt dobrze i biznesmen został w odwecie szczegółowo przeszukany. Znaleziono przy nim skręta z marihuaną. Teraz tenże biznesmen dzieli się na prawo i lewo swoimi doświadczeniami i ostrzega: 'bądźcie ostrożni, bo możecie źle skończyć, Rosjanie nie mają takich praw jak my, obywatel nie ma takich praw jak u nas a i więzienia są znacznie mniej komfortowe'.

Brytyjska policja uznała, że różnice kulturowe są tak duże, że wysłała do Moskwy grupę funkcjonariuszy, którzy mają m. in. przekonywać swoich rosyjskich kolegów, że głośne zachowanie brytyjskich fanów jest w sumie nieszkodliwe i nie warto ich za samo śpiewanie na ulicy wsadzać do gułagu.
Fani, ci z grupy agresywnych, są zresztą ściśle monitorowani i grubo ponad setka znanych policji rozrabiaczy musiała przez meczem oddać paszporty.

Z punktu widzenia usadowionego na Wyspach można odnieść wrażenie, że kilka godzin w samolocie przenosi cywilizowanych fanów z centrum Demokracji i Praw w samo serce Groźnego i Nieznanego. Zdają sobie z tego sprawę Rosjanie i wkładają wiele starań w pokazanie się światu z jak najlepszej strony. Proces wydawania wiz został na tę okazję znacznie uproszczony i przyspieszony, policjanci założyli białe koszule, zorganizowano dodatkowy transport itp. itd. Nie umieszczono co prawda w całym mieście napisów po angielsku, ku zdziwieniu co poniektórych anglojęzycznych widzów, najwyraźniej tym faktem zdziwionych, ale zrobiono naprawdę wiele, by udowodnić, że Rosja nie jest dzikim krajem i że potrafi zorganizować duże, międzynarodowe wydarzenie sportowe.

Podsumowując - ja piłki nożnej nie lubię a już szczególnie nie lubię tej całej napompowanej testosteronem otoczki wokół meczów. Cieszę się jednak, że dzisiejszy mecz skierował uwagę setek tysięcy Brytyjczyków na ten nieznany kraj - Rosję. Bo gdzieś tam pomiędzy ostrzeżeniami i wskazówkami dotyczącymi podróży przewijają się i wiadomości o kraju, na temat którego wiedza nie jest zbyt rozległa.



---
* Luzhniki - angielska wersja nazwy stadionu Łużniki

piątek, 9 maja 2008

"Prosze Pani, czy mogę wyjść do toalety?"

"Proszę Pani, czy mogę wyjść do ubikacji?" - tymi słowy Nastolatka zwróciła się do nauczycielki.
Nauczycielka wpisała do dzienniczka: " Zezwala się na zrobienie siusiu w czasie lekcji"
Nastolatka poszła z dzienniczkiem do administratorki w celu uzyskania klucza do toalety (są zamykane podczas zajęć).
Administratorka powiedziała, że klucza nie da, bo siku w czasie lekcji mogą robić tylko ci ze skierowaniem od lekarza.
W toaletach są zainstalowane kamery.

Ja nie zmyślam!


poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Zakupy

Poszłam do księgarni i spędziłam w niej wiele godzin. Muszę przyznać, że kupowanie książek online jest zdecydowanie mniej frustrujące - nie na się na stronie internetowej ogarnąć wzrokiem jednocześnie tysięcy książek, których się nie kupi - widać bowiem na niej najwyżej kilkanaście. W internecie też książki prezentują się mniej zachęcająco - przede wszystkim nie pachną.

Najdłużej jak zwykle przytrzymało mnie w średniowieczu, wybrałam tam jednak tylko Medieval Women. Z półek obok wybrałam m.in. Hubbub, Filth, Noise and Stench in England (Rwetes brud, hałas i smród w Anglii). I z przyjemnością pogrążam się w opisach włosów nieczesanych przez trzy miesiące w obawie przed zburzeniem misternie ułożonej fryzury. Przede wszystkim jest to jednak praca o miastach - Londynie, Oxfordzie,Machesterze i Bath w XVII i XVIII w. Będą relacje z lektury.

sobota, 26 kwietnia 2008

Lubicie latać British Airways?

To posłuchajcie.
Sobotni The Independent przynosi dość zawstydzające i niesmaczne wieści na temat British Airways. Wieloletni pilot tych linii lotniczych twierdzi, że rasizm wśród załogi jest tak powszechny, że można powiedzieć, iż jest normą. Wielokrotnie próbował skłonić kierownictwo BA do zajęcia się problemem - bezskutecznie. Zgłosił się więc do prasy, prawdopodobnie pod wpływem pewnego marcowego wydarzenia, kiedy to pilot samolotu lecącego do Lagos usunął z samolotu 136 Nigeryjczyków, protestujących przeciwko złemu traktowaniu przez policję jednego z pasażerów, deportowanego (i stawiającego opór) Nigeryjczyka.

Publicysta The Independent, Robert Frisk, twierdzi, że pilot mógł zareagować inaczej - wyprosić z samolotu policjantów wraz z deportowanym, bo to oni w pierwszym rzędzie byli sprawcami zamieszania. Tak postąpił pilot Sabeny w podobnej sytuacji i tak pono postépują w podobnych sytuacjach piloci francuscy. Frisk wspomina też, że po wydaniu wyroku śmierci na Salmona Rushdiego British Airways zabroniła mu latać ich liniami. Dla mnie wyrzucanie z samolotu 136 pasażerów w celu umożliwienia przewiezienia jednego deportowanego jest nie do przyjęcia.

Oczywiście, należy wziąć pod uwagę, że cały artykuł został napisany na podstawie zeznań jednej osoby. W dyskusji, jaka się na jego temat wywiązała na Indyblogs, opinie dyskutantów można podzielić następująco:

  1. Pracownicy BA (z jednym wyjątkiem biali), którzy nie spotkali się nigdy z rasizmem w firmie.
  2. Spora grupa uważająca, że łagodne rasistowskie uwagi, skierowane do wszystkich możliwych grup, zdarzają się w każdej firmie, są częścią normalnego życia społecznego i nie ma co nich robić historii na pierwszą stronę.
  3. Kolorowi pasażerowie, którzy doświadczyli złego traktowania ze strona BA spowodowanego kolorem ich skóry.
  4. Grupa, która nie lubi BA z wielu innych powodów.
Ciekawe, że rasizmu zwykle nie widzą Ci, którzy nie są nań narażeni.

To zresztą nie pierwsze oskarżenie BA o rasizm - w 1995 Tony Kaye, pracujący dla Saatchi and Saatchi i robiący BA reklamę linii lotniczych, nie krył swego oburzenia, gdy klient kazał mu zmniejszyć liczbę Azjatów, czarnoskórych i Żydów w reklamie. BA poszło na ugodę, sąd nie miał okazji się wypowiedzieć.

No to miłej podróży!

Zamaskowane gołębie

Gołębie mają w Londynie ciężkie życie. Ken Livingstone zawzięcie je tępi. Z każdego miejsca, na którym ewentualnie mogłyby usiąść wystają ostre szpile. Nie wolno ich dokarmiać. Obrońcy gołębi czasem protestują, ale bezskutecznie. Biedaczki, muszą się więc ukrywać. Dziś zauważyłam, że technikę ukrywania się mają opanowaną do perfekcji.


Dopiero po bliższym przyjrzeniu się widać, gdzie się ukryły: